Im lepiej zna się świat, tym bardziej rośnie w nas poczucie jego nieznajomości i przekonanie o jego ogromie - Kapuściński
Napisz do mnie: dominik.sipinski(at)gmail.com



Więcej szczegółów o autorze w języku angielskim: www.sipinski.co.uk. Tam również lista publikacji i kontakt.

Blog > Komentarze do wpisu

As-Sawira: Spokój za murami

Prawdopodobnie widzieliście As-Sawirę, nawet jak o tym nie wiecie. Miasto zagrało w "Grze o tron". Inaczej niż w serialu, marokańskie miasto jest oazą spokoju oddaloną od głównych kurortów. Choć pewnie tylko w styczniu.

W popularnym serialu HBO As-Sawira udaje Astapor, miejsce szkolenia okrutnych i bezwzględnie posłusznych wojowników. W rzeczywistości trudno sobie wyobrazić, by w tym wyluzowanym mieście ktoś mógł zaprowadzić taką dyscyplinę. 

Nie znaczy to jednak, że pod pewnymi istotnymi względami As-Sawira nie rozczarowuje. 

Po pierwsze, trudniej niż by się wydawało przehandlować tam dziewczynę za wielbłąda. To zresztą rozczarowanie ogólnomarokańskie. W rzeczy samej, trudno nawet znaleźć jakiegoś wielbłąda, by rozpocząć targi; pewnie w sezonie turystycznym jest ich więcej. 

Drugie rozczarowanie to Diabat. Niewielka wioska kilka kilometrów od As-Sawiry słynie jako schronienie hipisów, którzy w latach 70. uciekali do Maroka przed cywilizacją. Pierwszym z nich miał być Jimi Hendrix. To wszystko jednak gówno prawda - hipisów, a raczej wannabes goniących Hendrixa, w Diabacie faktycznie pełno, ale samego wirtuoza gitary nigdy tam nie było. Dziś w wiosce są dwie komiczne kawiarnie w motywach flower power, stada kóz na ulicach i nic więcej. 

Do Diabatu warto zatem pojechać jedynie dla absurdu tego miejsca. No i dla przejażdżki starą taksówką, w tej roli - mercedes W123 w kolorze turkusowym

Pomijając jednak nieudany handel kobieco-wielbłądzi oraz istotny brak hipisów, As-Sawira jest doskonała. 

Urok tego miasta, skoncentrowanego wokół fortu zbudowanego przez Portugalczyków i przebudowanego przez Francuzów w XVIII wieku, tkwi w jego spokoju. Choć Maroko w ogóle jest mniej szalone niż inne arabskie kraje (nie każdy próbuje tu wepchnąć turyście jakieś lokalne gówno za małą fortunę, a nawet na suku w Marrakeszu jest względnie cicho), As-Sawira wyróżnia się zdecydowanie. 

Zamknięta w wiekowych murach medyna rozciąga się po 15 minut spaceru w każdym kierunku. To niewiele, ale wystarczająco. W wąskich uliczkach trudno się zgubić, ale nie jest tam nudno. Co chwilę kusi aromatyczna herbata, pomiędzy domami gnieżdżą się malutkie księgarnie z książkami w każdym języku świata, a czasem można nawet nauczyć się, jak robić bębny

Choć już te zakamarki i kafejki tworzą niesamowitą atmosferę, są jeszcze miejsca, które dodają smaczków. 

Jest nim choćby targ rybny. Znajduje się przy samym porcie, a na sprzedaż są ryby ledwo co wyciągnięte z sieci. W ciągu dnia jest tłoczno, ale wieczorem robi się pusto, a rybacy chcący pozbyć się tego, co złowili, wyprzedają ryby za pół-darmo. 

Można więc zjeść siedmiodaniową kolację z ryb, które samemu wskaże się palcem za kilkanaście dirhamów. W gratisie możliwość spojrzenia w oczy zwierzęciu, które za chwilę się spożyje. 

Z drugiej strony medyny stara dzielnica żydowska pokazuje zniszczone oblicze As-Sawiry. Choć domy są w ruinie, a stary kirkut zamknięty. Kiedyś prawie połowa mieszkańców As-Sawiry była żydami. Dziś zostało ich kilkunastu, ale świadectwa historii wciąż żyją, a miasto (jak i zresztą cały kraj) jest mniej wrogie Izraelowi niż większość świata arabskiego. 

Jest też długa piaszczysta plaża, latem zapewne oblegana przez turystów. Zimą jednak jest pusta, fantastyczna do spacerów. 

Są też skały pod murem fortu, na których fale roztrzaskują się z hukiem, pokazując siłę oceanu. 

Zresztą sam mur jest też doskonałym miejscem do zadumy. Wśród huku fal można wypić tam herbatę (a nawet, jak się dobrze poszuka, marokańskie wino) lub po prostu siedzieć na jednej ze starych armat, wpatrując się w wody Atlantyku. 

Pomimo tych wszystkich cudów i temperatury trzymającej się na poziomie 15-20 stopni, zimą prawie nie ma w As-Sawirze turystów. I to kolejny argument za tym, by właśnie teraz udać się do tego marokańskiego miasta. 

Warto nawet odstać swoje w kolejce do Ryanaira o godzinie 6 rano z Luton, by tam dotrzeć.

W sumie jednak As-Sawira przypomina trochę Astapor z "Gry o tron". Niby spokojna, nie całkiem z tego świata, ma w sobie jednak jakąś ukrytą moc, jakiś czar, który nie pozwala o niej zapomnieć.

poniedziałek, 20 października 2014, dominik.sipinski

Polecane wpisy