Im lepiej zna się świat, tym bardziej rośnie w nas poczucie jego nieznajomości i przekonanie o jego ogromie - Kapuściński
Napisz do mnie: dominik.sipinski(at)gmail.com



Więcej szczegółów o autorze w języku angielskim: www.sipinski.co.uk. Tam również lista publikacji i kontakt.

Blog > Komentarze do wpisu

Z rykiem silnika do raju. Najlepsze drogi świata.

Przepaść z jednej strony, serpentyna na wprost. Prawa noga na pedale gazu chodzi w górę i w dół, ręka skacze między kierownicą a dźwignią skrzyni biegów. W drugiej dłoni - aparat. To nie opis rajdu samochodowego, tylko tych niewielu dróg napotkanych w trakcie podróży, które zapadają w pamięć bardziej niż niejeden zabytek. Będzie o owcach, kanionach i rzygających Marokańczykach.

- CZYTAJ TEŻ PO ANGIELSKU - 

Choć jestem wielkim zwolennikiem transportu publicznego i rowerów, czasem uwielbiam wyszaleć się za kółkiem. Nie inaczej jest w trakcie podróży. A gdy mam dobry samochód do dyspozycji i zapierającą dech w piersiach drogę, mogę po niej jeździć w te i z powrotem całymi godzinami. 

Kryteria są jednak surowe. By skłonić mnie do wydania pieniędzy na benzynę i obciążania moich ślepawych oczu jazdą podczas podróży, trasa musi być naprawdę nie lada. Kilka takich w życiu przemierzyłem. 

Zapraszam na przegląd najlepszych dróg na świecie. Nie będzie o wyborach oczywistych -włoskiej przełęczy Stelvio czy rumuńskiej Szosie Transfogaraskiej

Między owcą a przepaścią

Z Wyspami Owczymi w ogóle mało co się kojarzy, a już na pewno nie są one znane pośród kierowców. Na pewno częściowo dlatego, że mało osób wie, gdzie się znajdują. 

Na ten archipelag położony pomiędzy Islandią a Szkocją samochód zresztą trudno przywieźć. Z Europy - a konkretnie z położonego na północy Danii Hirsthals - do dwóch razy w tygodniu pływa prom. Nie jest on ani szybki - podróż zajmuje półtorej doby, ani tani - koszt to minimum ok. 140 euro w jedną stronę za osobę. 

Jednak na Wyspach można też samochód wypożyczyć. I zdecydowanie warto. 

Trudno wskazać jedną konkretną drogę, bo niemal każdy kilometr z prawie 1000 km farerskiej sieci dróg jest rajem dla kierowców. Szosy są równe i puste. Policji i fotoradarów nie ma, więc jedynym ograniczeniem prędkości często jest świadomość, że rolę przydrożnego rowu spełnia kilkusetmetrowy klif (choć oficjalne ograniczenie to 80 km/h). 

Drogi, często jednopasmowe, wiją się między klifami, wodospadami i soczyście zielonymi dolinami. Każdy kierowca dostaje od lokalnej organizacji turystycznej podręcznik jazdy po Wyspach - dowiemy się tam m.in. jak mijać się w kilkukilometrowych, nieoświetlonych i jednopasmowych tunelach oraz że owce mają pierwszeństwo. 

Moi faworyci do miana najlepszej drogi na Wyspach Owczych to ponad 10-kilometrowa wstążka asfaltu ze Streymnes do Saksun, serpentyny spod Slættaratindur do Funningur oraz stara droga Oyggjarvegur do stołecznego Thorshavn. Na tej ostatniej równie łatwo można ześliznąć się w przepaść, jak i rozjechać stado gęsi.

Jeździć można godzinami - sprzyjają temu niemal niekończące się letnie dni, a atrakcyjność Owiec dla kierowców promuje nawet lokalna organizacja turystyczna

Ryk Mustanga w kanionach

Tu nie owce, lecz sarny hasające po drodze wymuszają uwagę kierowcy. Trudniej też uciec przed radarami, bo policja w Stanach Zjednoczonych korzysta ze zmyślnych urządzeń. Ale na drogach Utah da się poszaleć. 

Stan ten, poza Mormonami, słynie z parków narodowych. Na terenie Utah znajduje się ich aż 5 - więcej mają tylko Alaska i Kalifornia. A że przez większość amerykańskich parków narodowych da się przejechać samochodem, przepis na drogę marzeń gotowy. Wystarczy dodać do tego porządne amerykańskie auto z odpowiednią mocą, na przykład nowiutkiego Mustanga. Dzięki absolutnemu brakowi sterowności i napędowi na tylną oś, na górskich serpentynach w kanionach można nieco popiszczeć oponami. 

Kanionów i malowniczych dróg na płaskowyżach Utah jest wiele. Mój faworyt to Kanion Syjonu. Rozpoczynająca się w Springdale droga najpierw pokonuje zapierające dech w piersiach serpentyny w górę, potem wąski tunel w pionowym zboczu, by wyłonić się z góry w zupełnie innym krajobrazie. Zupełnie inna, ale też spektakularna jest trasa przez Dixie National Forest z Panguitch do Brian Head. 

Wielbłądy, surferzy i rzygający Marokańczycy

Tej trasy nie pokonałem samochodem, ale to dobrze. Gdyby nie podróż w podrzędnym autobusie firmy o uroczej nazwie "Jasmine Voyage", mógłbym nie docenić serpentyn na drodze krajowej N1 w Maroku na odcinku z As-Sawiry do Taghazout. 

Że coś będzie na rzeczy, zorientowałem się w momencie, gdy pomocnik kierowcy przeszedł przez autokar, rozdając pasażerom foliowe woreczki. To było w Tamanar, w połowie drogi. Po parunastu kilometr zorientowałem się, że to miejscowy odpowiednik samolotowych "rzygówek". Mniej więcej połowa Marokańczyków nie wytrzymała serpentyn w okolicach przylądka Tamri. 

Dla mniej podatnych na chorobę lokomocyjną droga N1 to fantastyczna trasa. Wije się po niewysokich górach tuż nad wybrzeżem Atlantyku. Z jednej strony szosy panorama na okazałe fale oceanu, idealne dla surferów, z drugiej kamienista pustynia i krzewy arganii. Co jakiś czas przewinie się stado wielbłądów. 

A na końcu drogi - fantastyczny Taghazout, mekka surferów i jedno z najlepszych miejsc do relaksu, w jakim zdarzyło mi się być. 

- - - - -

Wam też zdarzyło się jechać drogą, która tak bardzo zapadła wam w pamięć? Dlaczego? Komentujcie!

czwartek, 27 marca 2014, dominik.sipinski

Polecane wpisy