Im lepiej zna się świat, tym bardziej rośnie w nas poczucie jego nieznajomości i przekonanie o jego ogromie - Kapuściński
Napisz do mnie: dominik.sipinski(at)gmail.com



Więcej szczegółów o autorze w języku angielskim: www.sipinski.co.uk. Tam również lista publikacji i kontakt.

Blog > Komentarze do wpisu

Miasto bez tubylców

Wśród pierwszych dziesięciu osób spotkanych w Dubaju był tylko jeden obywatel tego kraju. Arabów - łącznie troje. Pozostała siódemka - z Indii, Sri Lanki, Filipin, Azji Środkowej. To nie był szczególny przypadek. Dubaj to miasto imigrantów i "rezydentów", obywatele są w zdecydowanej mniejszości.

O tym, że w Dubaju większość mieszkańców stanowią imigranci wiadomo powszechnie. Tylko niecałe 20 proc. spośród 2,1 miliona osób przebywających w tym mieście ma obywatelstwo Zjednoczonych Emiratów Arabskich, a nie wszyscy spośród nich to Dubajczycy. Sporo jest też osób z Abu Zabi oraz Szardży. 

Nieszczególnie się zatem zdziwiłem, gdy po wejściu na pokład samolotu linii Flydubai, który miał mnie zabrać z Kijowa do Dubaju, okazało się, że wśród załogi nie ma ani jednego Dubajczyka. Piloci byli z Ameryki i jednej z poradzieckich republik w Azji Środkowej, szefowa pokładu z Indii, pozostałe stewardessy z Ukrainy, Iranu i tylko jedna Arabka - ale nie z Dubaju. 

Linie lotnicze zawsze zatrudniają jednak bardziej międzynarodowe towarzystwo (jak później się dowiedziałem, we Flydubai pracują stewardessy i stewardowie z około 90 krajów). Więc może to niezbyt reprezentatywna próbka?

A jednak. Po przylocie lekarze, którzy weszli na pokład, by zająć się jedną z pasażerek, która nadużyła whisky, z rodowitymi Dubajczykami nie mieli nic wspólnego. Jeden z Filipin, drugi o hinduskim wyglądzie. Kierowca autobusu - ewidentnie Pakistańczyk. Inni pracownicy obsługi naziemnej też przeważnie z subkontynentu, kilku Arabów z Maghrebu. 

Pierwszym - i tego wieczoru ostatnim - Dubajczykiem, którego spotykam tego dnia jest strażnik graniczny. Choć potem i w to zaczynam wątpić, bo według jednego z brytyjskich ekspatów pracujących w Dubaju, coraz więcej prac urzędowych wykonują... Omańczycy, dla postronnego gościa wyglądający i ubierający się tak samo jak obywatele Dubaju. 

Raj dla imigrujących za pracą...

Błyskawiczny rozwój Dubaju oraz nieskończenie chłonny rynek pracy w tym mieście spowodowały masowy napływ imigrantów. Od kilku dekad do największego miasta ZEA przylatują przede wszystkim osoby z subkontynentu indyjskiego, ale także Pakistańczycy, Bengalczycy oraz Filipińczycy. Spotkać można przedstawicieli pewnie wszystkich narodów świata. I to właśnie imigranci są podstawą siły roboczej.

Ktoś powie - nic nowego. W Holandii Polacy zbierają truskawki, we Włoszech Albańczycy pracują na farmach, w Stanach Zjednoczonych robią to Meksykanie. Ale w Dubaju skala jest inna, bo imigranci wykonują tu niemal wszystkie prace - od najgorszych, takich jak sprzątanie ulic, po kierowanie międzynarodowymi korporacjami. 

A Dubajczycy? Część z nich wykonuje obowiązki publiczne jako urzędnicy, policjanci, żołnierze - te zawody są zarezerwowane dla osób z paszportem ZEA, a obcokrajowiec zdobyć go w zasadzie nie może. W większości jednak Dubajczycy nie pracują w ogóle.

Boom ekonomiczny tego miasta, oparty na wolnym handlu i rynku nieruchomości (wbrew pozorom Dubaj ma niewiele ropy; zapewnia ok. 7 proc. PKB) spowodował wytworzenie tzw. państwa rentierskiego. Większość osób żyje z odsetek od wynajmu nieruchomości dla zagranicznych inwestorów czy po prostu z pośredniczenia w gigantycznej wymianie handlowo-biznesowej, jaka ma miejsce w Dubaju. Niczego nie produkują, nie wytwarzają, ale dzięki temu całemu światu zależy na stabilności tego emiratu. 

W ciągu dnia gigantyczne centra handlowe w Dubaju pełne są turystów oraz odzianych w kandury zamożnych, zwykle młodych Dubajczyków. Tylko oni mają czas, bo nie muszą iść do pracy. 

... czy wielki obóz pracy?

Tak gigantyczny napływ imigrantów jest podstawą prosperity Dubaju. Bezrobocie nie istnieje, bo wśród obywateli nikt go nawet nie mierzy, a imigranci w momencie utraty pracy natychmiast tracą wizę i muszą opuścić kraj. Wielu przyjeżdża na określony czas, możliwości osiedlenia się na stałe są w zasadzie zerowe - z wyjątkiem kobiet, które mogą w Dubaju wyjść za mąż.

Ale sytuacja generuje też wielkie problemy. W Dubaju zanika język arabski - większość imigrantów nie posługuje się nim. Rząd zachęca do komunikacji po angielsku. Kilka lat temu zostało uchwalone prawo, według którego taksówkarze mogą zostać ukarani, jeśli na samochodzie mają znak jedynie z arabskimi literami (co zdarza się rzadko, bo większość taksówkarzy nie mówi po arabsku). Szyldy na wielu sklepach są tylko po angielsku. Napisy po arabsku to często błędne transkrypcje angielskich nazw. Sami Dubajczycy przyznają, że językiem emiratu stał się "Arabish" - mieszanka łamanego arabskiego z łamanym angielskim (bo wielu przyjezdnych mówi bardzo słabo także po angielsku).

Ponadto istnieje problem pracy w nieludzkich warunkach. Dubaj zawsze był ośrodkiem handlu niewolnikami i choć oficjalnie zostało to zabronione w 1963 r., w nieco zmienionej formie proceder trwa w najlepsze. Imigranci przede wszystkim z Indii żyją w zamkniętych osiedlach na pustyni, skąd są dowożeni do i przywożeni z pracy. Wielu z nich musi przepracować cały kilkuletni kontrakt, niezależnie od warunków, inaczej ryzykując deportację bez wypłaty. Aż trzy czwarte imigrantów to mężczyźni, więc system prowadzi do tworzenia męskich gett o wysokim stopniu przestępczości, w tym seksualnej (a w Dubaju w przypadku gwałtu do więzienia idzie kobieta). Nawet sam władca emiratu, szejk Muhammad bin Raszid Al Maktoum, był oskarżany o przetrzymywanie wbrew ich woli i szkolenie w nieludzkich warunkach arabskich chłopców, którzy potem zostawali dżokejami w jego elitarnym zespole wyścigów konnych.

Bez imigracji Dubaj nigdy nie rozwinąłby się tak dynamicznie. I imigracja będzie trwać, bo rynek pracy w tym mieście wchłonie każdego, choć zarobki, o czym powiedział mi bengalski robotnik spotkany na budowie nowego terminala lotniska, są teraz znacznie gorsze niż dawniej. Do czego doprowadzi ten wielonarodowościowy miks - nie wiadomo. Na razie doprowadził do tego, że umiejąc przedstawić się po arabsku znałem więcej tego języka niż znaczna większość osób spotkanych w Dubaju. 

poniedziałek, 20 maja 2013, dominik.sipinski
Tagi: dubaj

Polecane wpisy

Komentarze
2013/05/20 12:07:39
Ciekawy Tekst.
No tak sprawa emigrantów i wyrzysku jest chyba wszędzie .
I znowu okazuje się ze Bogaci bez biednych nie umieją żyć .A nieraz są nie ludzcy