Im lepiej zna się świat, tym bardziej rośnie w nas poczucie jego nieznajomości i przekonanie o jego ogromie - Kapuściński
Napisz do mnie: dominik.sipinski(at)gmail.com



Więcej szczegółów o autorze w języku angielskim: www.sipinski.co.uk. Tam również lista publikacji i kontakt.

Blog > Komentarze do wpisu

Zaginieni - Portrety bośniackie (4)

Ostatni portret i bardzo nietypowy. Bo bohaterem nie jest osoba, lecz instytucja. Choć w zasadzie osoby też są. Ponad 30 tysięcy tych, którzy po wojnie w Bośni zostali uznani za zaginionych. Teraz Międzynarodowy Komitet ds. Osób Zaginionych ślamazarnie odszukuje ich ciała. Nikt nie ukrywa, że "zaginiony" to eufemizm, bo żywych się nie odnajduje.

Tuż po wojnie zdarzyło się znaleźć kilka osób, które w wyniku działań wojennych trafiły do zupełnie innych części dawnej Jugosławii. Ale już 2-3 lata później znajdywano wyłącznie ciała.

M.in. dlatego w 1996 z inicjatywy prezydenta Stanów Zjednoczonych na szczycie G-7 w Lyonie ustanowiono Międzynarodowy Komitet ds. Osób Zaginionych (ICMP). Jego głównym zdaniem jest identykacja ciał. ICMP pomaga również w tzw. capacity building, czyli budowaniu umiejętności i możliwości w lokalnym społeczeństwie i pomaga sądom.

Główna siedziba ICMP mieści się w niepozornym budynku na północnych przedmieściach Sarajewa. Od frontu bank, po drugiej stronie ulicy bośniacki jarmark Europa i hala olimpijska, a o siedzibie Komitetu informuje tylko niepozorna tabliczka na ścianie. ICMP zlokalizowano w Sarajewie, bo początkowo Komitet zajmował się tylko identyfikacją zwłok z konfliktu w dawnej Jugosławii. Po nabyciu doświadczenia i wzmocnieniu pozycji, ICMP zaczął pomagać na całym świecie, np. po huraganie Katrina w Stanach Zjednoczonych czy w Iraku.

- Pierwsze pytanie żyjących krewnych osób zaginionych to "gdzie oni są". Drugie, gdy już odnajdziemy ciały, to "kto ich zabił". W ICMP odpowiadamy na pierwsze i pomagamy znaleźć odpowiedź na drugie - tłumaczy Jasmin Agovic, bośniacki rzecznik ICMP.

Za pierwsze zadanie odpowiada laboratorium na parterze siedziby ICMP. Dwa niepozorne, białe pomieszczenia i sterylne repozytorium ludzkich resztek, do którego wstęp jest zabroniony dla osób postronnych, by uniknąć skażenia. To tam odbywa się cały proces identyfikacji. Kości wydobyte na bośniackiej prowincji trafiają do magazynu, tam pobierane jest z nich DNA, które następnie jest porównywane z kodem genetycznym zebranym od żyjących krewnych.

DNA zaczęto wykorzystywać od 2001 roku. Wcześniejsze próby identyfikacji tradycyjnej były przerażająco nieskuteczne. Odkąd wprowadzono testy genetyczne, statystyki wystrzeliły w górę. Do lipca 2011 r. udało się zidentyfikować ponad 16 tys. ofiar. W bazie danych nadal jest ponad 13 tys. profili genetycznych, których nie udaje się dopasować do wzorców pobranych od żyjących krewnych.

Dzięki nowoczesnym metodom udało się całkowicie wyeliminować niepewność, która zawsze jest związana z innymi metodami identyfikacji. Oficjalnie ICMP przyjmuje próg 99,95% za wystarczający. W praktyce pewność sięga nieskończonej liczby dziewiątek po przecinku, bo w nawet genetyka nigdy nie daje 100%. ICMP zabezpiecza się przed oskarżeniami wszystkich przeciwników tworzenia baz genetycznych, wykorzystując do testów tzw. STR-y. To krótkie tandemowe sekwencje powtarzalne, mówiąc fachowo - a mniej fachowo, występujące często, a zatem łatwe do znalezienia, fragmenty DNA o wysokiej unikalności, które nie kodują żadnych cech. Dają zatem nie tylko pewność co do tożsamości, ale i nie pozwalają na jakiekolwiek wnioskowanie o cechach danej osoby.

Po uzyskaniu próbek od żyjących krewnych proces identyfikacji może zakończyć się w mniej niż miesiąc. A, co pozytywnie zaskakuje, rodziny chętnie zgłaszają się do ICMP. Po pierwsze, wiedzą doskonale, że to najskuteczniejsza metoda na odnalezienie ciał swoich bliskich. Po drugie, dzięki pomocy prawnej Komitetu znają swoje prawa. Wreszcie, ICMP aktywnie stara się przekonać krewnych, że niezależnie od ich narodowości, działając razem mają większe szanse na usprawnienie procesu identyfikacji.

To zresztą ociera się o drugie zadanie ICMP. Komitet dostarcza pomocy prawnej nie tylko rodzinom ofiar, ale przede wszystkim sądom. Przedstawiciele ICMP zeznają nie tylko w krajowych sądach na Bałkanach, ale także w haskim trybunale, m.in. w głośnej sprawie Radovana Karadzicia.

Jasmin Agovic opowiadając o zadaniach ICMP podkreśla ich znaczenie. Tradycyjne metody identyfikacji w Bośni były całkowicie nieprzydatne. Mówiąc to, Jasmin wyciąga mapkę z zaznaczonymi miejscami odnalezienia kości tej samej osoby, która została zamordowana w Srebrenicy. Dwie piszczele dzieli od siebie 50 km, a to przypadek raczej zwyczajny niż wyjątkowy. Powód - Serbowie, próbując ukryć swoje zbrodnie, rozkopywali masowe groby i przenosili ciała do tzw. wtórnych miejsc pochówku, nieszczególnie zwracając uwagę, czy całe ciało trafiło w jedno miejsce.

Praca ICMP jest doceniana. Nie tylko w Bośni i sąsiednich krajach - choć tu jeszcze parę lat temu nieufnie podchodzono do wyjaśniania zbrodni wojennych. Teraz większość polityków i, przede wszystkim, społeczeństwa, pragnie jak najszybciej zakończyć ten bolesny proces, ale zakończyć go z sukcesem. Lokalne rządy nie uczestniczą zresztą w kosztach, a raczej z nich korzystają poprzez naukę. Wiele zadań przejął już bośniacki Instytut Osób Zaginionych (MPI), a bośniacka ustawa o osobach zaginionych była pierwszą tego typu na świecie. Przy wszystkim tym pomaga ICMP.

Komitet otrzymuje spore wsparcie, również finansowe, z zagranicy. Największym donorem są oczywiście Stany Zjednoczone, które ICMP w zasadzie założyły. Nie dziwi, że drugim najhojniejszym sponsorem jest Holandia. Kraj, który do dziś nie może się pogodzić z poczuciem winy za to, że to holenderscy żołnierze nie byli w stanie zapobiec ludobójstwu w Srebrenicy.

ICMP ma trudną rolę. Fundowany przez Amerykanów Komitet w Sarajewie, do tego rozgrzebujący rany z okrutnej wojny, nie mógł cieszyć się powodzeniem. Ale z czasem Bośniacy i inne bałkańskie nacje docenili, że właśnie takiej pomocy potrzebują, by o wojnie nie zapomnieć, lecz ją zaleczyć. Tylko dając ukojenie rodzinom, które nawet nie wiedzą, gdzie zginęli ich bliscy, można budować spokojne republiki. I to rozumieją coraz bardziej już nie tylko zagraniczni obserwatorzy, ale i autochtoni.

niedziela, 31 lipca 2011, dominik.sipinski

Polecane wpisy